W sierpniu ubiegłego roku wyruszyliśmy w drogę.
Formalności, badania psychologiczne, szkolenia. A potem, 9 lipca 2014 r. pozytywna kwalifikacja.
Wszystko to było do przejścia, do przeżycia. Najtrudniejszą drogę pokonywaliśmy we własnych wnętrzach, we własnych głowach i sercach. Moje myślenie o adopcji przed szkoleniem, a po nim zmieniło się - może nie o 180 stopni, ale o jakieś 90 na pewno.
Czy się baliśmy ? Czy chcieliśmy zawrócić? Tak, baliśmy się, ale nigdy nie chcieliśmy zawrócić.
Ja kilka razy zwątpiłam - ale nie w drogę, którą obraliśmy. Zwątpiłam w siebie... Na szczęście mam zawsze blisko ludzi, którzy nigdy we mnie nie wątpią...
Podnosiłam się, ocierałam łzy. " Idę", " Dam radę" - szeptałam w duchu. "Przecież idę po swoje Dzieci."
Broad Peak zdobyty.
Siedzimy na samiutkim szczycie i czekamy na nasze Dzieci.
Raz już nam się zdawało, że słyszymy Ich głosy. Zerwaliśmy się do biegu - na spotkanie z Nimi.
Ale to nie były nasze Dzieci... To wiatr na szczycie boleśnie sprawdzał naszą czujność.
Kiedy już przyjdą, kiedy już Je poznamy -Weźmiemy Je na ręce i bardzo powolutku, bardzo ostrożnie, cierpliwie i spokojnie zaczniemy schodzić ze szczytu.. I wtedy nie będzie nam już wolno zwątpić w siebie ... Na rękach będziemy nieśli nasze Dzieci. Pewnie dużo bardziej zmęczone i przestraszone niż my... Będziemy musieli bezpiecznie wrócić z nimi do ICH domu.
Chciałam pisać osobnego bloga o naszej drodze adopcyjnej. Zrezygnowałam z dwóch powodów: pierwszy, prozaiczny - ciągle brakuje mi czasu. A drugi to ten, że postanowiłam zawsze pisać szczerze. A kłębią się we mnie czasem takie emocje i myśli, których sama w sobie nie akceptuję, więc jak mogłabym liczyć, że zaakceptuje je Ktoś czytający mnie tutaj? Może jak to już przejdę , jak dojrzeję i się sama rozgrzeszę...? Na razie tu będę pisała. Tyle ile potrafię, ile czuję, że mogę.
Dziękuję za Waszą obecność.
Tego Anioła wysłaliśmy do naszego Ośrodka Adopcyjnego w sierpniu - ma pomóc odnaleźć nasze Dzieci.
Julita.